Rozważania różańcowe

Droga przez Serce (rozważania z lipca 2017r.)

Chrzest Pana Jezusa w Jordanie

Chrzest w Jordanie stal się popularny - przychodzili ludzie z najbliższej okolicy, ale także z daleka, nawet z samej stolicy, choć przecież tam nie brakowało atrakcji. Dlaczego św. Jan Chrzciciel stal się tak znany? Mogło budzić zaciekawienie, że syn kapłana Zachariasza odsunął się od ludzi, mieszka samotnie i robi niespotykane, dziwne rzeczy. Jednak ludzie porzucali obowiązki i przyjemności, by iść do niego jak do proroka. Jan nie oferował przyjemności - należało wyznać swoje grzechy, czyli przyznać się do własnych słabych stron, przyjąć potrzebę własnej zmiany, nawrócenia, powrotu do Boga - czyli przyznać, że się coś zaniedbało, o czymś ważnym zapomniało, było nie w porządku. Przyjęty chrzest miał potwierdzać tę decyzję. Do Jana przychodzi także Jezus i uczniowie. Czy byli zdumieni, że wśród ludzi, którzy uznają się za grzeszników, nieoczekiwanie staje ich Nauczyciel, którego podziwiali? Co myślała o tym Matka Boża? Nie znamy odpowiedzi na te pytania, nie musimy ich też wymyślać - Jezus uczył ich i nas nie tylko słowami, ale i czynami. Nieskalany Człowiek o Najsłodszym Sercu staje wśród grzeszników, przyjmując Janowy chrzest.

Jaka pokora, jaka zgoda na zwyczajność, jaka chęć uczestniczenia w religijności zwykłych ludzi! Widać przymierze dwu Serc - podobnie Najczystsza wraz ze wszystkimi matkami kiedyś poddawała się tradycyjnie oczyszczeniu. Maryja Panna intuicyjnie wyczuwała wolę Bożą, która zaleca i pochwala życie zwyczajne, ukryte, szacunek dla zwyczajów religijnych i form pobożności. Teraz Syn Boga poddaje się obrzędowi chrztu. Jan Chrzciciel wyczuwa, kogo ma przed sobą - jednak Jezus nalega. Obrzęd koronują słowa miłości Ojca i zstąpienie Ducha Świętego w postaci gołębicy.

To ważna tajemnica dla nas. I nam nieraz mogą się wydawać niepotrzebne czy wręcz jakby nie dla nas przeznaczone jakieś gesty, słowa, oprawa tradycji i obrzędów religijnych. Zachowajmy się jak Jezus i Jego Matka. Duch Święty przyjdzie do nas przez znane już od dawna znaki wiary, nie jest potrzebne nic nowego ani nadzwyczajnego, by przyszła moc nadzwyczajnej laski miłości Bożej.

Objawienie na weselu w Kanie Galilejskiej

Ewangelista, opisując wesele, najpierw wymienia Jego Matkę, jako bardziej znaną, On został zaproszony jako Jej Syn. Zazwyczaj zapraszano wszystkich w osiedlu i potem długo wspominano wspólne uroczystości: co było, jak było, i co mogłoby być lepiej czy inaczej. Maryja prosi Syna o zaradzenie kłopotowi gospodarzy i organizatorów - nie ma wina, a więc podstawowego napoju na weselu. Pewnie wstyd byłoby podać zwykłą wodę ze studni, na uczcie tak wyjątkowej. Czy Matka wie, że Syn może dokonać tak zdumiewającego cudu? Czy już widziała coś, co pozwala Jej prosić, czy raczej czuje Sercem, czy tylko przypuszcza? Łatwiej było z pewnością prosić znanego i podziwianego już cudotwórcę o kolejny, wspaniały czyn mocy.

Wydaje się, że rozpoznajemy tu przebłysk tajemnicy Maryi. Ewangeliści zaznaczali już parokrotnie, że nie rozumiała, zastanawiała się, przechowywała w Sercu, starając się zrozumieć Serce Syna, a tu pierwszy raz dowiadujemy się, że wyraża wprost prośbę o interwencję. Najświętsza Panna poznaje więc powoli Jezusa, tak jak każda matka towarzyszy w dojrzewaniu i rozwoju duchowym, jednak Syn jest Jej Mistrzem i Nauczycielem w sposób szczególny i wyjątkowy. Wiele już wydarzeń rozważała, przemyślała słowa Jezusa, wiele dowiedziała się o swym Synu, skoro ośmiela się prosić o sprawę bynajmniej nie najważniejszą. Także rozumie, że Syn, choć mógłby przecież nie wymagać noszenia tak wielkiej ilości wody, nie chce sprawić cudu bez współpracy ludzi, nie chce czynić ich tylko biernymi widzami mocy Bożej. Maryja rozumie Serce Syna, łaskawe i pełne miłosierdzia, zaprasza więc ludzi do współdziałania z laską, do podjęcia wysiłku i starań, wierząc, że przyniesie to jeszcze większe owoce.

Uwierzmy Maryi - Ona dobrze radzi, byśmy uczynili wszystko, cokolwiek nam powie Syn Boży. Przyjmijmy potrzebę naszego wysiłku i starań, nawet jeśli ich nie rozumiemy.

Głoszenie Ewangelii i wzywanie do nawrócenia

Życie Jezusa dochodzi do momentu rozpoczęcia publicznej działalności. Pozostawia ukryte szczęście domowe, Matkę, najbliższych, by rozpocząć zupełnie nowy etap życia. Może jeszcze spotykać znajomych z dzieciństwa i wczesnej młodości, jeszcze będzie przecież widywał Najświętszą Pannę, rozmawiał z Nią, jednak już wszystko będzie zupełnie inaczej, wszystko nabierze intensywności publicznego zaangażowania. Jezus, niegdyś skupiony na potrzebach rodziny, tak otwarty dla Matki, najbliższy Jej Sercu, teraz będzie „w sprawach Ojca”, jak zapowiadał. Teraz Jego Serce najcierpliwsze, pełne miłosierdzia, będzie większość czasu spędzać z innymi ludźmi, słuchać ciągle nowych osób, odpowiadać na pytania różne - przemyślane i przypadkowe, życzliwe i podchwytliwe. Jezus jest już zajęty sprawami królestwa Bożego, całym swym Sercem Najsłodszym.

Uczmy się od Maryi Panny, dla Niej było to wszystko szczególnie trudne - Ona także była szczęśliwa w bliskości Syna, który jednocześnie był Jej Dzieckiem, Synem Bożym, Nauczycielem i Mistrzem. Także my chcielibyśmy czułych, pięknych chwil z Jezusem, sama Jego Obecność uzdrawia i pociesza, Jego Serce leczy i koi nasze rany, to źródło wszelkiej pociechy. Jednak podążanie za Nim oznacza wyjście do ludzi, cierpliwość wobec ludzi, serce otwarte na ludzi. Jezus nie chce, byśmy zamykali się przed światem w naszym ulubionym, ukrytym miejscu z Nim. On chce zabrać nas ze sobą. Jeśli pójdziemy za Nim, nie możemy się gorszyć ludźmi, do których Serce Jezusa nas zaprowadzi, nie możemy obrażać się na nich czy unikać tych niemiłych. Idąc za Jezusem, znajdziemy się wśród bardzo różnych, często trudnych dla nas wydarzeń, a naszą pociechą i mocą będzie Jego obecność, Jego słowa będą nas uczyć i prowadzić.

Być może zobaczymy przemianę wielu serc, ale Jezus przede wszystkim liczy na naszą przemianę, na przymierze naszych serc z Nim i Jego Matką. Czy zgodzimy się, jak Maryja, na oddanie Serca Jezusowi, na towarzyszenie Mu, gdziekolwiek On pójdzie i nas zaprowadzi? Czy otworzymy nasze serca, często jeszcze biedne, obolałe, zmęczone, na uzdrowienie w przymierzu Najsłodszego Serca Jezusa? To w Nim są ukryte wszelkie skarby i laski, w Nim mieszka cała pełnia Bóstwa. Prośmy Maryję, by prowadziła nas do swego Syna, to jest właśnie pragnienie Jej Niepokalanego Serca.

Przemienienie na Górze Tabor

Czy Maryja widziała Przemienionego Syna w chwale, za życia, jak wybrani Apostołowie? Ewangelia nic nam o tym nie mówi. Różne legendy opowiadają wiele efektownych wydarzeń z życia ukrytego, jednak św. Jan Paweł II uważał, że szla ciemną pielgrzymką wiary, bardziej polegając na zapowiedzi anioła w zwiastowaniu, na zachowaniu i słowach Jezusa, wierząc w Niego jeszcze, gdy nie było mowy o wielkich cudach i wizjach. Trud i wysiłek wiary Najświętszej Panny podziwiało wielu ojców Kościoła i świętych. Jej drogą zwyczajnej codzienności, blisko Serca Jezusa, z całym zaufaniem i pokorą, nieraz w bardzo monotonnych i nieefektownych warunkach, wytrwale i cierpliwie, szlo wielu świętych, którzy bez mistycznych objawień, bez wielkich przeżyć i porwania do nieba wierzyli niezłomnie w Syna Bożego. Sam Jezus mówi o błogosławionych, a więc szczęśliwych, którzy nie widzieli, a uwierzyli.

Mistrz wybiera niewielu z dwunastu Apostołów, by przeżyli z Nim zdumiewające spotkanie na górze Tabor. Najwyraźniej nie uważał, aby to wspaniale przeżycie było konieczne czy niezbędne, czy nawet bardzo pomocne. Jego przekonanie sprawdziło się pod krzyżem. My także możemy znaleźć się w sytuacji, w której ci, których dopuszczaliśmy do naszych tajemnic, będą z zachwytem blisko nas, gdy będzie dobrze, a potem znikną. Apostołowie po zejściu z góry Tabor na pewno opowiadali o swych wyjątkowych przeżyciach, skoro zna je Ewangelia. Inni uczniowie i Apostołowie bez wątpienia z przejęciem słuchali, pytali, podziwiali, być może nawet niektórzy zazdrościli, marząc o podobnych przeżyciach. Jak patrzyli później na tych wybranych, którzy mówili o wielkich przeżyciach mistycznych, a potem uciekli, zdradzili, opuścili Mistrza? Im większe wrażenie sprawia czyjaś pobożność i zaangażowanie, tym większe zdumienie i zgorszenie po jego upadku.

Módlmy się za tych, którzy tracili wiarę, widząc słabość naszą jako ludzi Kościoła. Nie osądzajmy zbyt surowo tych, którzy zawiedli, mimo że znali Jezusa i Maryję osobiście. Także i na nas może przyjść czas trudny, także i my być może będziemy musieli odpowiadać za nasze słowa, których ludzie z uwagą słuchali, wierzyli, podziwiali. Także i nasze przymierze z Bogiem sprawdza się nie po zejściu z góry Tabor, ale w codzienności, w czasie pokus, w czasie cierpienia - przy Jezusie i Maryi.

Ustanowienie sakramentu Eucharystii

Zazwyczaj to, co w nas najcenniejsze, najdroższe, najdelikatniejsze, zachowujemy dla najbliższych, najpewniejszych osób, może nawet z pewnymi zastrzeżeniami, może z obawą, czy nie będziemy wykorzystani i nie stracimy czegoś ważnego. Większość z nas zna rozczarowanie, gdy nasze otwarte serce, wysiłek, ofiarna praca, może starania nawet ponad nasze sity zostały niedocenione, zmarnowane, wykpione... Ciężko wydawać się na laskę i niełaskę ludzi... Jezus nie ma takich obaw - pozostawia nieodwołanie i ostatecznie siebie.

Serce pozostawione dla nas w Najświętszym Sakramencie jest Sercem najczulszym, pokojem i pojednaniem naszym, uzdrowieniem naszych ran, źródłem radości, życia, świętości; utuleniem w płaczu, wzmocnieniem słabych. Jezus w Eucharystii chce być pociechą naszego serca, tak samo, jak jest radością aniołów i wszystkich świętych. To Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał, jest teraz otwarte dla nas, by przygarnąć do siebie, obdarować i zjednoczyć serca wszystkie.

Najświętszy Sakrament pozostaje jednak zbyt często nieprzyjmowanym prezentem, darem odtrąconym, jakby nie był upragniony przez wszystkich, jakby niezrozumiany, niezauważany.

To Serce Najsłodsze bywa lekceważone, pomijane, odrzucone... Prośmy za nas samych, byśmy żyli skarbem Eucharystii, byśmy podchodzili do Serca Bożego ufnie i z oczekiwaniem łask, byśmy umieli przyjąć Jego hojność. Jeśli my otworzymy się na przymierze z Sercem Jezusa jak Maryja, jak Ona będziemy mogli prowadzić wszystkich do Niego.

Przymierze Serc, do jakiego zaprasza Jezus, jest zawsze możliwe. Pomyślmy o odnowieniu naszych przyrzeczeń chrzcielnych, o naszej Pierwszej Komunii Świętej. To nieprawda, że mamy przyjmować wszystkie następne Komunie tak jak pierwszą - przecież tak jak Maryja uczymy się Jezusa i chcemy przyjmować Go całym sercem, coraz dojrzalej, coraz bardziej świadomie. Niech nasze serca, jak dobrej Matki, przygotowują się na Jezusa, niech się stają domem Bożym, świątynią Boga samego.

Źródło: Sekretariat Fatimski, Droga przez Serce, Ząbki 2016, s. 61-66. sekretariatfatimski.pl
x

Udostępnij rozważanie

Facebook Twitter
Mail Kopiuj link